Katniss przeżyła straszliwe igrzyska wraz ze swoim kumplem. Jak jeszcze można by tutaj skomplikować (namieszać) fabułę? Rebelia! Ślub! I więcej rozterek!
Książkonowela? Uch.
Kontynuując losy naszej znamienitej łuczniczki - jej los wygląda teraz lepiej. Jako zwyciężczyni Katniss mieszka teraz z rodziną w Wiosce Zwycięzców, specjalnej dzielnicy dla tych, którzy igrzyska przeżyli. Po kilku niezręcznych scenach związanych głównie z 'oboziu obraziłam uczucia Peety', mam dośc interesującą oraz zabawną rozmowę z samym prezydentem Panem, Snowem.
Ten zaś przedstawia się jako człek zły do szpiku kości, niewahający się w brutalnym środkach w celu zachowania władzy nad swoją dystopią. Jakie to środki podejmie tym razem? Otóż jak pamiętamy z Igrzysk, nasza odważna dziewoja zakpiła sobie z Kapitolu, przeżywając całą krwawą imprezę z Peetą, co było wbrew zasadom. Przez to ludzie (acha, zapomniałem wspomnieć, że oglądanie igrzysk jest obowiązkowe dla każdego mieszkańca Panem) zaczęli postrzegać Katniss jako symbol buntu, a jej broszkę przedstawiającą kosogłosa - jako znak przyszłej rebelii. Snow zaś rozkazuje bohaterce wyjść za Peetą, by pokazać, że jej akt był niczym więcej jak działaniem zakochanej dziewczyny. Inaczej Snow zrobi kuku rodzinie jej rodzinie, bo może. Ślub ma w jakimś stopniu opóźnić czy nawet zażegnać przyszłą rewolucję, co jak wiemy jest kompletnym idiotyzmem, który to nasza przyszła żona uświadamia pod koniec tomu.
Dalej mamy jakąś setkę stron mówiącą o przygotowaniach do ślubu, życiu Katniss pod kontrolą Kapitolu, oczywiście rozterkach związanych z Galem (to ten kumpel od polowań, też zakochany w bohaterce, jakby nie inaczej), który będzie musiał przełknąć taką hecę i nie stracić szacunku do dawnej towarzyszki łowów, powolnie wprowadzanym rugom w samym Dystrykcie...nic specjalnego, jeśli mam być szczery. Gdzieś między tym scenami mamy jedną, wyjątkowo zabawną - Katniss uświadamia sobie, że czuje miłość do Gale'a, który został wysmagany batami za kłusownictwo, nieświadomie natrafiając na nowego szefa strażników podczas próby sprzedaży łupu. Właśnie wtedy, podczas obserwowania zmaltretowanego chłopaka naszej łowczyni bije szybciej serce, chociaż może to być wywołane instynktem psa ogrodnika - jak się dowiadujemy, córka burmistrza także coś czuje do biednego myśliwego. Ten egoizm widać także wcześniej, w scenie, podczas której Katniss dowiaduje się przypadkowo o zamieszkach w jednym z dystryktów, jaki niedawno odwiedziła. Kiedy mówi o nich Gale'owi i proponuje ucieczkę (to był jego pomysł, mówił o tym wcześniej, przed tymi nowinkami), kompletnie olewa fakt, iż jej wybranek wcześniej mówił o walce, zjednoczeniu. Całość sprawia, że bohaterka jeszcze bardziej tanieje w moich oczach, nie mając w sumie dobrego powodu do uczuć jakie posiada, w stosując je w sposób jak najbardziej egocentryczny. Ech. Zatem, jednego kocha, na drugim mu zależy ze względu na dramatyczne przeżycia. Jeszcze jakoś można przełknąć, prawda?
Ten sam kotlet, tylko nieco odgrzany.
Nołp. Zbliża się Ćwierćwiecze Poskromienia, czyli siedemdziesiąte piąte Igrzyska, w których - mało zaskakująco - mają wziąć udział zwycięzcy igrzysk poprzednich. Widać tutaj aż nadto brak inwencji autorki, która po prostu powtarza ten sam schemat z części pierwszej - płacze, wyjazd, przygotowania, szukanie sojuszy i tak dalej. Drim tim Katniss składa się z Peety, starej babci bełkoczącej zupełnie niezrozumiale, oraz pary nerdów. Wyśmienicie. Podczas samych igrzysk do tego dochodzi jeszcze pyskata kobieta w stylu dominatrix oraz tyle lalusiowaty co niebezpieczny Finnick. Aha i jeszcze ginie stylista Katniss, który mógłby być ciekawą postacią, ale co tam, trzeba było być dramatycznym na wstępie.
Sama arena wydaje się być nieco bardziej pomysłowa - to łańcuch wysp (z małą dżunglą) układających się w koło, podzielone na części. Co godzinę każda następująca po sobie część koła prezentuje zagrożenia szerokiego wachlarzu - czy zmutowane małpy oraz trującą mgłę po zmutowane ptaki, przemawiające torturowanymi okrzykami bliskich. Całość nie trwa jednak tyle co część pierwsza, zatem skracając, Katniss wraz ze swoją ocalałą w większości drużyną (Finninck, dominatrix i nerd) wydostaje się z areny na wolność. Przy okazji dowiadujemy się, że Dystrykt 12 został zniszczony, a Peeta jest w łapach Kapitolu. I raczej niekogo nie zaskoczy to, że trzynasty dystrykt istnieje i tam właśnie budzi się nasza dziewczyna.
Zasypiam.
Jakie wrażenia z drugiej części? Nuda. Akcja została niesamowicie rozciągnięta obszar, który czytamy ze znużeniem. Nic nie dzieje się przed ogłoszeniem ponownych Igrzysk. Przez to opóźnienie wątku, rewelacje o miłostkach Katniss były przeze mnie postrzegane jako kiepską próbę urozmaicenia książki, na którą Collins nie miała wyraźnego pomysłu, stosując to samo (interpretacja dowolna). Jak wspominałem, bohaterka straciła na swojego rodzaju odwadze, w jej miejsce wstąpiła łzawość, z którą może utożsamiają się współczesne nastolatki, jednak nieco szkoda, że zrezygnowało się z poprzedniego pomysłu na postać. Czas zatem wypić resztkę kawy i szybko przebrnąć przez tom trzeci...

Wanna more ^^
OdpowiedzUsuńBtw, chcesz tu oceniać tylko kiepskie książki, tak? Bo chętnie bym poczytał np. o Niziurskim.
Właściwie co mi w ręce wpadnie, może także coś, co mi się spodobało nawet!
Usuń