Jednak nie uważam się za człowieka o gustach ograniczonych, przez co kiedy w moje ręce wpadła seria pani Collins, nie wahałem się długo i postanowiłem ponownie zbadać poziom książek młodzieżowych.
Akcja dzieje się w Panem, państwie powstałym na zgliszczach ostoi demokracji i światowego porządku, którym są nasze wspaniałe Stany Zjednoczone. Państwo jest złe i już po kilku akapitach można się przekonać jak bardzo - ludzie żyją w ciężkich warunkach i nieraz przedmiotem ich dyskusji będzie zawartość jutrzejszego garnka. Za wszystkim stoi diaboliczny wręcz Kapitol, który wyzyskuje sta...przepraszam, dystrykty, zmuszając do nieustannej harówki, której charakter jest zmienny w zależności od surowców, w jakie obfituje dany dystrykt.
Dystryktów jest dwanaście, ze wspomnianą stolicą jako przybytkiem dobrobytu oraz luksusów. W przeszłości było ich trzynaście, jednak po buncie, ostatni z nich został zmieciony z powierzchni ziemi, by zaś uchronić ludzi od niepoprawnie politycznych myśli oraz czynów, wprowadzono tytułowe Igrzyska śmierci - coroczne losowanie pary dzieciaków z każdego dystryktu, którzy będą się zabijać ku uciesze mieszkańców Kapitolu (co jest tam traktowane ponadto jak najlepsze reality show).
Na ten ponury świat patrzymy oczami nastoletniej Katniss Everdeen, postaci bardzo, ale to bardzo irytującej. Mogę z miejsca powiedzieć, że pchanie na siłę wątków miłosnych nie wyszło jej na dobre i zamiast początkowo twardej łowczyni utrzymującej swoją matkę oraz młodszą siostrę, dostajemy beksą podejmującą irracjonalne decyzje.
Pierwszy tom posiada swoisty urok nowości, świat nie jest jeszcze banalną dystopią której autorka nie poświęciła wystarczająco dużo czasu. Stąd też z zaciekawieniem obserwujemy poświęcenie Katniss, która na Igrzyska wybiera się zamiast swojej siostry Primm, żegnając się ze swoim partnerem od polowań Galem oraz udzielając kilku rad apatycznej dotychczas matce (ojciec Katniss zginął od wybuchu w kopalni - dlaczego, nie mam pojęcia, bo takich wypadków więcej nie uświadczymy). Katnis wraz ze swoim rówieśnikiem Peetą wybiera się do siedliszcza zła, Kapitolu i...
Tempo historii spada dramatycznie. Widzimy parę naszych bohaterów, którzy chcą dodać sobie otuchy podczas przygotowań do igrzysk mimo oczywistego tragizmu ich losów (przeżyć Igrzyska może wszak tylko jeden). Przy okazji czytelnik zgłębia się w opisy przepychu stolicy, której niczego nie brakuje do tego stopnia, że wielu mieszkańców bawi się z modyfikacje swojego ciała. Porównań do biedy domu Katniss nie ma końca, zatem można tylko zacisnąć zęby, by przygotować się na najgorsze. Tak, mówię o wątku miłosnym.
Wątek miłosny...miłostkowy?
Collins w pewnym momencie pisania przypomniała sobie, że jakiegoś fantasy nie tworzy, a powieść młodzieżową, trzeba zatem wrzucić coś sprzyjającego płci żeńskiej. Od razu zastrzegam - jestem fanem interesujących wątków miłosnych, dlatego ten mnie zupełnie nie zachwycił. Czemu? Już wyjaśniam - podczas igrzysk zawodnicy mogą dostać pomoc od 'sponsorów', których jednak należy do siebie przekonać. Nasza para bohaterów nie czyni tego bynajmniej przez prezentację swoich umiejętności (chociaż podczas specjalnego pokazu talentów dostają wysokie noty). Nie, nie. Mentor (zwycięzca poprzednich igrzysk z danego dystrzyktu) naszej pary wymyśla, że łatwiej będzie przekonać widownię Kapitolu, jeśli wymyśli się wątek miłosny między Peetą a Katniss. Jak to ma działać dokładnie nie wiadomo, dostajemy jedynie informację, że to zadziała. Nasz dzielna łowczyni, początkowo wściekła, zgadza się na cała szaradę. Peeta? Och, przecież wiadomo, że jest zakochany. Oczywistość, którą Collins chciała ubrać w mały zwrot akcji. Nie wyszło. Tak jak i rozterki dziewczyny, która najpierw do Peety czuje niechęć, a potem przywiązanie jakich mało. Zaśmierdziało to nieco anime klasy C z tsundere na pokładzie. Katniss przypina do swojego stroju broszkę z kosogłosem (zmutowany ptak, który miał podsłuchiwać rebeliantów, serio) i rusza do boju.
Kiedy w końcu dochodzimy do części igrzyskowej - arena jest olbrzymia, z corocznie innym krajobrazem oraz zagrożeniami. Zawodnicy mają ponadto dostęp do broni oraz różnego ekwipunku, jeśli tylko będą w stanie go zabrać i przeżyć. Katniss oczywiście udaje się tego dokonać i po dramatycznej szarpaninie oraz śmierci kilku uczestników, ucieka w las z plecakiem. Pomijając lwią część igrzysk, jesteśmy świadkami m.in walki Katniss z grupą zawodowców (ludzi z Dystryktów, które swoich uczestników przygotowują od dziecka do Igrzysk; przedstawieni jednowymiarowo ofc), pozornej zdrady Peety, który sprzymierza się z nimi (kolejny kiepski zwrot akcji by Collins) oraz szokującej wiadomości, że te Igrzyska przeżyć może para uczestników z tego samego dystryktu, po czułe sceny Katniss oraz Peety (które są udawane przez naszą bohaterkę) etc.
Jej, koniec.
Odchodząc zatem od rozterek uczuciowych, przechodzimy do zakończenia, a jest ono kiepskie. W ostatecznej walce przeżywają tylko Peeta, Katniss oraz zły pan, którego nie zapamiętałem. Ale wiadomo, że jest zły, bo wcześniej autorka nadała mu cechy zahaczające o psychopatię. No i jest z tego bogatego dystryktu, który wysyła wyszkolone dzieci do walki (zabawne jest przy okazji, że reszta dystryktów nie wpadła na ten sam pomysł, odkąd Igrzyska istnieją od kilkunastu lat) I kiedy wyskakują zmiechy, robi się makabrycznie i niewesoło...wait. Zmiechy to mutanty w różnorakiej postaci, produkowane przez Kapitol są koszmarem każdego mieszkańca Panem. Na razie zostawmy je, gdyż w trzeciej części omówię je szerzej. W każdym razie - nasza dwójka przeżywa, pokonawszy wiele trudności, które wystawiały na próbę ich uczucia oraz umiejętności fizyczne (pomijam przy okazji te wszystkie mdłe sceny tj. wyprawa po lekarstwo dla Peety wbrew jego woli, bo znów - scena cechuje się nastawieniem Katniss pod tytułem nie chcem ale muszem). Jest wesoło? Nie.
Chwilę po radości obojga bohaterów, wszechmocny organizator igrzysk ogłasza, że przeżyć może tylko jeden. Czemu, po co? By jeszcze bardziej umocnić obraz Kapitolu jako tego diabolicznego gniazda intryg oraz manipulacji mających za nic wartość ludzkiego życia. Niby ma to jakiś sens, podobny do celu igrzysk - umocnienia poczucia bezsilności obywateli Panem, jednak czemu Katniss uwierzyła w pierwszą zmianę liczby zwycięzców? Czytelnik cały czas ma okazję na poznawanie jej myśli, w tym na temat stolicy i władzy, a te nie są w żadnym wypadku ufne. Skąd jednak ta wiara? Desperacja, chęć uratowania Peety - te przypuszczenia rozbijają się o rzeczywistość, której głównym założeniem jest brak nadziei.
Zanim jednak zdążyłem zapłakać za naszą parką, Katnis wpada na podstęp - popełnijmy oboje samobójstwo, niwecząc tym samym igrzyska. Żeby jednak nie było zbyt krwawo, czyn ten odbędzie się za pomocą trucizny, a dokładnie - trujących jagód, które omyłkowo zbierał Peeta (to tylko jeden z wielu dowodów na jego ślamazarność). Czemu je wziął ze sobą, licho wie. Może ostrzegł go pajęczy zmysł, by zachować jagódki, leczące dziury fabularne. W taki oto sposób, nasza dwójka zostaje oszczędzona, gdyż hej, musi być zwycięzca. Co jest nieco dziwne, zważywszy na fakt dowolnego manipulowania zasadami podczas całej imprezy.
Katnis oraz Peeta odjeżdżają do domu, kpiąc z Kapitolu (co otwiera nowy wątek), ponadto Katniss wyjawia swojemu nie-wybrankowi, że jej uczucia były tylko grą na użytek sponsorów ze stolicy. I jej smutno. Mi w zasadzie też. Książka zaintrygowała mnie konceptem świata, którego głębia ulegała spłyceniu młodzieżowym polderem pani Collins. Główna bohaterka jest tak samo zmieniana, z zaradnej dziewczyny zdolnej do poświęcenia będzie się stawać coraz bardziej łzawą oraz irytującą postacią. A to przecież dopiero tom pierwszy...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz